fotoszepty

Aloha! czyli Andrzejki w hawajskim stylu.

figury z wosku na andrzejki, hawajskie kwiaty

na Andrzejkach organizowanych nie w Andrzejki jadłam, piłam i tańczyłam.
były też wróżby oraz wróżki, które na wróżbach znały się podobnie jak ja. czyli wcale.
z lanego metalową chochlą wosku wyszła mi wyspa, co ponoć oznacza podróże,
OsobistemuMężowi zaś siedzący kot, co ponoć oznacza chodzenie własnymi ścieżkami.
własnymi, czyli nie z żoną.
posiało to lekki zamęt w naszym małżeństwie, jednak spokojnie czekamy na obrót wydarzeń.

obrotów było również dużo przy wszechstronnej płytotece DiDżeja. przykłady? ależ proszę:
You're My Heart, You're My Soul" Modern Talking,  "Sharazan" Albano and Romina Power,
"Jesteś szalona" Boysów oraz "Biełyje rozy" takiego pana z Rosji, którego nazwiska nie pamiętam.
nie nie, nie byłam na dancingu w Ciechocinku. na Andrzejkach byłam. w klimacie hawajskim na domiar.
o tematyczności imprezy dowiedziałam się zbyt późno, by podejść do sprawy profesjonalnie,
wpięłam więc sobie tylko sztucznego kwiatka w mą bujną fryzurę.
OsobistyMąż także nie wyglądał na Hawajczyka z krwi i kości, więc przynajmniej pasowaliśmy do siebie.
przy oddawaniu odzienia wierzchniego uprzejma pani szatniarka wręczyła nam kraśne wisiorki,
które rozdawała zasadniczo wszystkim. w efekcie cała sala miała znak rozpoznawczy na szyi tudzież na rękach.
w zależności, jak się kto przyozdobił.
menu było również hawajskie z przewagą ananasa w ilościach mniej lub bardziej śladowych.
wódka była polska. wyborowa.

wróciłam z kwieciem na nadgarstku i pęcherzem na pięcie.

fotoszepty

"biały miś, biały miś dla dziewczyny".

w dzieciństwie nigdy nie spałam z pluszakami.
jedyny, jakim się bawiłam, był bordowy miś, którego nazwałam subtelnie Byku.
skończył żywot marnie.
szprycowany starymi zastrzykami, zgnił. a wraz z nim jego trocinowe wnętrzności.

następny miś pojawił się już w moim dorosłym życiu.
bliscy znajomi przytaszczyli go na nasz ślub.
był atrakcją wesela, poprawin oraz poprawin poprawin, aż umęczony popularnością, wrócił z nami do domu.
odtąd jest.
wielki, biały i miły w dotyku.
a krzywo zawiązana czerwona kokarda dodaje mu nonszalancji.

czemu ja dziś o tym?
bo dziś podobno Dzień Pluszowego Misia.

biały-miś

kocham kino

"Spectre"? zobacz!

SE_Seamaster300_Spectre_videoPreview_1600x900

albo się jest fanem serii "007", albo nie.
ja lubię, choć kilku tytułów, tych początkowych zwłaszcza, nie widziałam.
kupuję ten film z całym jego lepszym i słabszym inwentarzem, z niedorzecznością,
z przerostem formy nad treścią. niestety, powstanie każdej kolejnej części jest narażone na porównanie.
przynajmniej z pierwszym z brzegu poprzednikiem. gdyby iść tym tropem,
to "Spectre" wypada gorzej niż "Skyfall".
gorzej muzycznie (Adele to Adele, potęga głosu + patos utworu zdecydowanie góruje
nad wykonaniem Sama Smitha).
gorzej tematycznie (pragnący zemsty "brat" to zwykle bohater dramatów obyczajowych).
gorzej w ogóle.
o ile monumentalny i wartki początek wgniótł mnie w całkiem wygodny fotel kinowej sali,
tak finisz trochę rozczarował. zbyt tkliwie, zbyt romantycznie, za mało Bondowsko.
Bondowsko czyli jak? zdecydowanie, mocno, na pełnej petardzie.
tymczasem gdzieś się to wszystko ulotniło, rozmyło, oklapło. jak niepodlewany od tygodni fikus.
obydwie kobiety agenta 007 też mnie nie przekonały. przedstawione na zasadzie przeciwieństw
(starsza-młoda, brunetka-blondynka) wprawdzie wyglądały zjawiskowo, lecz tylko wyglądały.
wyczekiwana przez wszystkich i mocno reklamowana Monica Bellucci
na ekranie zaistniała epizodycznie. a szkoda, bo pewnie ochoczo pokazałaby więcej seksapilu
niż przewidział scenariusz. Léa Seydoux (znana z "Życia Adeli - rozdział 1 i 2") pojawiała się
znacznie częściej, ale z kamienną twarzą i wyzuta z ludzkich emocji.



co zatem w filmie było dobre? mimo krytyki gry aktorskiej samego Bonda, mnie postać Daniela Craiga
nie przestaje uwodzić. wciąż jest zabójczo męski, wciąż przeszywa stalowym wzrokiem,
wciąż genialnie wygląda w skrojonym na swoją miarę garniturze.
może i prawdą jest, że nie chce mu się tak, jak chciało mu się w "Casino Royale" na przykład. może.
ja tego nie widzę, albo nie chcę. widzę za to mnóstwo trafnych, ironicznych i śmiesznych dialogów
(błyskotliwy James Bond i równie inteligentny Q). widzę mnóstwo dobrych zdjęć w ciepłej,
beżowo-orzechowej kolorystyce (np. scena dwojga z walizkami na pustyni), widzę świetne kostiumy,
a także efektowność całości widzę po prostu.
Tobie też radzę zobaczyć...

Daniel Craig stars as James Bond in Metro-Goldwyn-Mayer Pictures/Columbia Pictures/EON Productions’ action adventure SPECTRE.

CN0un86WEAASJcK

Monica Bellucci and Daniel Craig in Metro-Goldwyn-Mayer Pictures/Columbia Pictures/EON Productions’ action adventure SPECTRE.

źródła zdjęć: 1, 2, 3, 4.

fotoszepty

okruchy codzienności.

po raz trzeci otwieram okno pt. "Dodaj nowy wpis" i po raz trzeci je zamykam.
jest tyle rzeczy, o których chciałabym tu wprost, bez zbędnych metafor.
i gdy tak łowię aluminiową chochlą w swojej świadomości, to wypływają różne różności (rym częstochowski - niezamierzony).
w Paryżu dzieją się rzeczy nie do pojęcia. znajomi przemalowują sobie profile w barwy francuskie.
wszyscy tkwią w minucie ciszy.
w witrynach sklepowych Święte Mikołaje walczą o swoje miejsce i nikt nie ma czasu na czytanie naiwnych listów od dzieci. z czerwonych serdaków wystają im tylko okrągłe brzuchy.
ropa poszła w górę, a gaz w dół. jedna pani z drugą panią obstawiają ceny bożonarodzeniowych karpi.
wraz z liśćmi wirują w powietrzu przepisy na barszcz ukraiński.
ktoś przy okazji wspomni o Ukrainie. wszak tam też źle się dzieje.
w Rossmannie podkłady minus 49 procent, więc wrzucamy bezmyślnie do kosza kryjące lorealy,
matujące max factory oraz rozświetlające astory.
stawiamy je rzędem na półce z kafli z Paradyża (nie mylić z Paryżem) i mamy zapas do końca życia.
i jeden dzień dłużej.

podkład rimmel

*zdjęcie zawiera lokowanie produktu. bo to bardzo dobry produkt jest. dla mojej cery.

literatura

Andrzej Stasiuk i jego "Opowieści galicyjskie".

"W arytmetyce świata każdemu grzechowi przypisany jest okruch białego opłatka".

Andrzej Stasiuk, Opowieści galicyjskie

Andrzej Stasiuk Opowieści galicyjskie
"Umysły nieskomplikowane na pewno lepiej radzą sobie z interpretacją rzeczywistości".

Matko, jak ja Stasiuka czytać kocham! (zupełnie przypadkiem użyłam inwersji, która cechuje Gombrowicza wszak, a nie Stasiuka).
„Opowieści galicyjskie” to 96 stron, 15 opowiadań, kilkunastu bohaterów. to książka krótka,
acz epicko gęsta.
jak mgła nad ranem, jak nielubiana od dziecka przeze mnie kasza, jak ścieg na zimowym swetrze.

dlatego czytałam ją powoli. słowo za słowem, opis za opisem.
niepostrzeżenie wtopiłam się w tło mieszkańców okolic Beskidu Niskiego (Limanowej, Dukli, Sękowej), łażąc z(a) nimi do knajpy, do kiosku RUCH-u, do lasu na zrywkę drzewa.
stawałam się na chwilę barmanką, żoną i kochanką, duchem Józka, obrońcą Kościejnego,
wnuczką prawie stuletniej Babki.
ciekawa byłam ich życia i jednocześnie trochę się ich bałam. może przez senną atmosferę miasteczka,
gdzie pegeerowskie byty zostały zastąpione bez pytania nowym, lepszym, kolorowym światem.
okazuje się jednak, że przemiana społeczna w 1989 roku nie wszystkim wyszła na dobre...

dużo tu o prostym życiu, ludzkim przemijaniu i nie zawsze oczywistej śmierci.


"Czasami przysiadała pod drzewem i morzył ją sen.Starość w pewien sposób unieważnia noc i dzień".

krótkie opowieści to kolejne kartoniki puzzli, z których wcale nie wychodzi starannie ułożony miejski obrazek do powieszenia w stołowym. tego nie chce ani sam autor, ani ja – jako czytelnik.
ma być tajemniczo i jest. ma być melancholijnie i jest. jest też po prostu smutno.



"Beton, drewno, zapadnięte dachy, resztki płotów i żelazne balustrady balkonów 
tworzą zakalec biedy i tęsknoty za telewizyjnym światem".

kto zna prozę Stasiuka, ten nadal tą prozą zachwycać się będzie.
tu dosadność i wulgarność słowa miesza się z subtelną metaforyką.
to właśnie z takiej mikstury powstaje przepiękny realizm magiczny.

"Wszystko, co dostrzeżone, musi być opowiedziane, a wielkość i nuda tej opowieści przypomina nudę i wielkość wszystkich don kichotów literatury, wszystkich tołstojów, proustów z joyce'ami na dokładkę".

fotoszepty

barwy szczęścia.

turkusowe baleriny żółta sukienka
dawno, dawno temu żyłam w kolorze turkusu.
ale mi przeszło.

kolor żółty i turkusowy

a Ty? dawno, dawno temu żyłaś w kolorze...?

fotoszepty

Zaduszki.

brama cmentarza głóg drzewa

na cmentarzu o godzinie szesnastej jest cicho.
nie ma zbędnych rozmów, nie ma brzdęku szklanych zniczy wyjmowanych z jednorazowych reklamówek,
nie ma szpaleru płaszczy z najnowszej kolekcji jesień 2015 ani rzędu starannie wypucowanych butów
stojących przy starannie wypucowanych pomnikach z marmuru szwedzkiego.

jest inaczej niż pierwszego listopada. mniej wzniośle, a jednak wciąż odświętnie.
słychać własne myśli i szelest liści.
dlatego dziś tu wróciłam. z niedosytu po wczorajszej gonitwie, gdzie z zegarkiem w ręku trzeba było meldować
się nad kolejnymi grobami, bo tam obiad, tam kawa, tam msza w plenerze, tam pełny parking.

to bardzo wiekowy cmentarz. pełen drzew starych i zapomnianych przez świat grobów.
współczesny blichtr miesza się tutaj z przedwojniem. wyłupiaste oczy sztucznych gerber zaglądają na krzywo ukrzyżowanego Jezusa w alejce niżej.  spróchniałe ławki zapraszają, by ktoś na nich usiadł.

dlatego dziś tu wróciłam. bo.
na cmentarzu o godzinie szesnastej jest cicho.

kaplica na cmentarzu

zardzewiały krzyż na cmentarzu

kobieta z balkonikiem na cmentarzu

krzyż liście cmentarz

brama cmentarz

kran na cmentarzu

brama głóg cmentarz

Zaobserwuj mnie ;)

Subscribe