fotoszepty

O "Rusałce" bez "Rusałki", za to z białym kwieciem.


Tak, wiem, miała być "Rusałka" w reż. Anny Melikyan.
Tylko ja wciąż zbieram słowa do jutowego worka, by o niej napisać.
To nie jest najpiękniejszy film, jaki w życiu widziałam, 
a mimo wszystko mocno zapadł mi w pamięć. 
Film zapadł, Rusałka zapadła, klamka zapadła.

W przejściu między wiosną a latem stanęłam okrakiem.
Nie planuję jeszcze urlopu, nie szukam bikini, nie chodzę w japonkach.
Za to stokrotki małe i duże... stokrotki lubię i zrywam.





"Rusałka" będzie w weekend. obiecuję ;)

kocham kino

Dwa dni i jedna noc (2015), reż. Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne.

To długo czy krótko?
Dla Sandry, która musi przekonać współpracowników, by głosowali za jej powrotem do pracy,
tym samym rezygnując z własnych premii tysiąca euro, to paskudny weekend.
Tu sprawdza się powiedzenie, że "czas to pieniądz".
Niestety dosłownie...



Film doceniono na kilku festiwalach, w dużym stopniu doceniłam ja, ale jestem pewna,
że wielu Wam kompletnie nie przypadnie do gustu.
To kino specyficzne.
To kino braci Dardenne, czyli człowiek-jednostka kontra reszta niezbyt kolorowego świata.
Nie trąci Hollywoodem, nie wywalono na niego ośmiocyfrowych kwot,
nie ma tu zawrotnych akcji ani brawurowych popisów aktorskiej szkoły
(choć Marion Cotillard w roli Sandry mocno dźwiga całość na swych wątłych barkach!).
Główna bohaterka ma fryzurę kitkę, chodzi w zwykłej koszulce,
ogląda świat zza brudnej szyby autobusu, siedząc na krzesełku z dermy, czasem podwozi ją mąż.
Została pozbawiona makijażu i poniekąd godności.
Puka do nieznanych drzwi jak Świadek Jehowy i prosi o głos, o poparcie podczas poniedziałkowego
tajnego głosowania w zakładzie. Walka o własne człowieczeństwo często obnaża brak człowieczeństwa
u innych, a pojęcie kapitalizmu i proletariatu nabiera pąsowych rumieńców.

Nie wiem, co zrobiłabym na jej miejscu, ale wiem, że ciągle chodzi za mną ten utwór:

Jeśli widzieliście "Dwa dni i jedną noc" dajcie znać, czy lubicie tego typu produkcje,
czy raczej traktujecie je jako dłużyznę pospolitą, od której należy trzymać się z daleka.

W czwartek "Rusałka" ;)

kocham kino

Sędzia (2014) reż. David Dobkin


Ten film zbudowano na stereotypach, schematach i tendencyjności.
A mimo to wciąga.
Stoimy z boku i obserwujemy kadry z życia rodziny o trudnych i dość tępych relacjach.
Stoimy, obserwujemy, ale nie chcemy wejść do środka wielkiego domu.
Tym bardziej nie chcemy się wtrącać, oceniać i sądzić.
Tu od sądzenia są inni, choć wątek prawniczy wbrew pozorom nie jest tematem wiodącym.

Ojciec i syn - wybuchowa mieszanka genetyczna. Trzej bracia - trzy różne charaktery.
To zdecydowanie film o mężczyznach.
Kobiety pojawiają się śladowo, przy czym jedna nie żyje, druga jest uroczą dziewczynką, trzecia pełną erotyzmu studentką, a czwarta równie dobrze mogłaby się nie pojawić, bo wątek starej miłości, co miała nie zerdzewieć, a jednak zardzewiała w wyniku czasu, mezaliansu i innych niesprzyjających okoliczności, wszystkim się przejadł.

Gra aktorska (pokłon dla Roberta Downeya Jr.), soczyste, inteligentne dialogi, praca kamery, nienachalna muzyka i scenariusz, po prostu dobrze rozpisany scenariusz hipnotyzują.
Są też obrazy mocne, gdzie co wrażliwsze dusze nie raz załkają (tak, tak, w tym ja!) oraz obrazy w humorze maczane.

Porządne kino.
Nie kłamię!




1, 2, 3-4

W następnym odcinku "Dwa dni i jedna noc".

Zaobserwuj mnie ;)

Subscribe